Marysia i Longin

Głos żony

Rok temu o tej porze martwiliśmy się że prawdopodobnie jestem w ciąży pozamacicznej, a teraz…, słyszę jak nasze dziecko gaworzy i czyni nas szczęśliwymi rodzicami…

Ale może od początku:

Jesteśmy małżeństwem od 8 lat, a o dziecko staraliśmy się chyba dopiero po 3 latach małżeństwa (z różnych powodów). A kiedy już zaczęliśmy się  starać okazało się, że to nie jest takie proste. Tym bardziej, że ja miałam bardzo wydłużone i nieregularne cykle i tak naprawdę trudno było ustalić kiedy mogą być dni płodne. Oprócz tego każdy ginekolog do którego się udawałam , patrzył niejako z politowaniem na mnie kiedy mówiłam że chcę między innymi wyregulować cykle aby zajść w ciąże i mieć dziecko. A z politowaniem bo: osoba na wózku, z nadwagą, lat za dużo, zagrożona cukrzycą…, i nie wiem co jeszcze roiło się w głowach lekarzy, którzy przy każdej „inności” dostają nagle zawrotów głowy i zapominają po co studiowali medycynę, i chcą leczyć, przyjmować , tylko łatwe, standardowe przypadki.

Ale jako osoba, która nie poddaje się wobec niesprzyjających okoliczności, szukałam tak długo aż trafiłam na naprotechnologię, którą razem z mężem uznaliśmy za ostatni nasz ratunek. Pierwszy raz usłyszałam o niej chyba w Radio Maryja, a potem byłam na spotkaniu z dr Tadeuszem Wasilewskim,  który mówił też o swoim nawróceniu dzięki któremu, z człowieka, który pracował w klinice In Vitro, stał się człowiekiem, który prowadzi jedną z dwóch klinik NaPro Technologii w Polsce. Urzekło mnie to i po jakimś kolejnym leczeniu u kolejnego doktora, który ostatecznie wysłał nas na inseminację (na którą nie poszliśmy) bo zarówno In vitro jak i inseminacja nie wchodziła w grę dla nas jako osób wierzących.

Ponieważ dr Wasilewski pracuje w Białymstoku, a było to dla nas za daleko to poszukałam czegoś bliżej i okazało się, że taka klinika jest w Lublinie  i przyjmuje w niej dr Maciej Barczentewicz.

Dzwoniąc tam dowiedziała się że najpierw trzeba zrobić instruktaż z naprotechnologi u trenera. Wybraliśmy Panią Małgorzatę Pezdę, która na pierwsze spotkanie przyjęła nas u siebie w mieszkaniu na drugim piętrze (ja na wózku) dla niej to nie stanowiło problemu, nie okazywała nam zniecierpliwienia czy innych zniechęcających postaw, po prostu podeszła do nas zwyczajnie i po ludzku i z fachową wiedzą, jesteśmy bardzo zbudowani postawą i pomocą tej Pani.

Głos męża:

Podjęliśmy też nieustanną nowennę do Świętej Rity z prośbą o dar płodności i rodzicielstwa.

Zaczęliśmy jeździć na spotkania z trenerem NaPro technologii, trwało to jakieś 3 miesiące. Dostaliśmy zalecenie unikania współżycia w czasie płodnym do czasu, aż ich zdaniem nie przygotują organizmu żony na ciąże. W międzyczasie robiliśmy potrzebne badania. Lekarz od początku był zdystansowany w sposób taki że wydawało się że nie wierzy w powodzenie, ale podjął się. Podczas kolejnych spotkań, wyrażał się  stylem wątpiącym – zdaniami takimi jak: „Pani, Pesel mówi …”, „w tym wieku 10% szans …”. Ja dostałem też zalecenie zbadania nasienia żeby wykluczyć moją niepłodność. Pomimo iż metoda NaPro odnoście pobierania męskiego nasienia jest zgodna z nauką Kościoła, ja miałem duży sprzeciw w sobie, cały czas trzymałem się wiary w przykład Abrahama, tam Pan Bóg za wiarę nagodził –  tam gdzie po ludzki nie było szansy i nie poddałem się temu badaniu.  Lekarz NaPro zalecał żonie kontrole owulacji ( USG ) co 2-3 dni, w naszym mieście był z tym duży problem, jednak żona uparcie dzwoniła po lekarzach by jakoś móc to wykonać. W końcu odnalazła jednego w naszym mieście, który bym na seminarium z dr Wasilewskim, ale on też nie miał takich możliwości. Natomiast był całkiem inny, wspierał nas, dodawał otuch, czasami nas rozśmieszał, ale przede wszystkim był dla nas oparciem, jedynym lekarzem który nie widział tylko problemów. I tak chodziliśmy do 2-ch lekarzy. Jeden był od NaPro, a drugi od reszty ;).

Lekarz od NaPro, po sytuacji kiedy z żoną na skutek niezrozumienia go, nie przyjmowaliśmy leków tak długo jak on zalecał, powiedział że jeżeli do następnego spotkanie (2,5 miesiąca) nie wyrówna nam sie cykl to zaprzestaje leczenia pod kontem starania sie o dziecko i zajmie się tylko zachowawczym  (czyli nad nieregularnością cyklów żony ). Byliśmy źli, ale i zdesperowani. Pytaliśmy go po 2 razy co i jak mamy przyjmować. Pojechaliśmy do domu – zdeterminowani. Dnia 17.11.2012 Żona zadzwoniła do naszego, miejscowego lekarza, że ma wysokie kody i jest według niej  najlepszy czas na kontrole owulacji. Na co nasz lekarz niewiele myśląc powiedział: „to jest najlepszy czas na poczęcie dziecka, a nie kontrolę owulacji” i w tym miejscu można by powiedzieć „a słowo ciałem się stało”.

Nowe życie, nowa miłość.

Po tygodniu i jednym dniu test dodatni. Lekarz od NaPro, nie wierzył, zalecił dodatkowe badania. Po dwóch tygodniach kolejny test płytkowy, tym razem kreski aż do nas krzyczały: Tak, jestem! Tak żyję! Też Was kocham! Za 9 miesięcy się juz zobaczymy, ja tez na was czekałem! Po badaniach, podczas konsultacji telefonicznej stwierdził: „no wygląda na to jakby Pani rzeczywiście była w ciąży” i zalecił przyjazd do niego w ciągu miesiąca licząc od dnia poczęcia. Podczas badania USG, stwierdził że widzi pęcherz płodowy, ale nie jest w stanie stwierdzić czy umieszczony jest w macicy czy poza nią. Orzekł ciąże zagrożoną (w domniemaniu pozamaciczną) i skierował żonę do szpitala. Ponieważ zbliżały się Święta Bożego Narodzenia nie uśmiechało się nam siedzenie w szpitalu tym bardziej że sugerował że może tak być przez całą ciąże. Zaczęliśmy rozmawiać z nim o tym i stanęło na tym że weźmiemy skierowanie, a pojedziemy tam natychmiast w wypadku jakby się pojawiło krwawienie lub bóle. Zalecił nam założyć kartę ciąży i prowadzić ją u siebie na miejscu, gdyż takie podróże nie są wskazane, a z nim się kontaktować drogą elektroniczną. Nasz lekarz odkładał założenie karty, bo twierdził że za wcześnie oraz nie zgodził się na kolejne USG zalecane przez lekarza NaPro. Zalecił byśmy nie dzielili się informacja o ciąży. Zalecił też by żona zachowywała i żyła normalnie jednocześnie również podkreślił że w wypadku wystąpienia buli lub krwawień mamy od razu znaleźć się w szpitalu. Tymczasem wyniki biochemiczne były podręcznikowe. Inne badania i testy też wyszły dobrze. Lekarz NaPro był zdziwiony, ale i ucieszony.

Test wiary

Po prawie 2 miesiącach  pojawiło się krwawienie rano, w sobotę, łzy w oczach, ściśnięte gardło gorączkowy wyjazd do szpitala. Ukradkiem na izbie przyjęć płakałem. Szpital, nieciekawe miejsce, a jeszcze z badaniami czekaj do poniedziałku!!! To było jak tortura, w między czasie nie mówiąc co się dzieje poprosiłem o modlitwę za żonę wielu naszych znajomych, znikomej części z nich powiedzieliśmy o co chodzi. Brat Kapucyn który nam błogosławił na ślubie, doradził ważną rzecz o której ja nie pomyślałem że w wypadku jakby było to poronienie, żeby dziecka nie zostawiać tylko pochować. Wsparł nas, czuliśmy że jest z nami i że szturmuje do Bram Niebieskich. Wskazał nam drogę, cel ….. Lekarz dyżurny (po próbie wręczenia podania o zwrot ciała dziecka w wypadku najgorszego) prosił byśmy sie nie martwili, mówił że to nie musi być poronienie. Prosił byśmy czekali do poniedziałku i byli dobrej myśli. Pierwsze USG pokazało że są dwa pęcherze płodowe na miejscu ale są puste, badania  Beta HCG nie wykazało naturalnego podwajania się ilości hormonu na tym etapie ciąży. Dwa kolejne USG wykonanie przez innego lekarza potwierdziły diagnozę: „Rozpoznanie: Poronienie chybione. Pozostała diagnostyka: (…) W jamie macicy stwierdza się dwa pęcherzyki ciążowe o śr. 14mm i 18mm. Zarodków nie stwierdza się (lek. med. ……). Epikryza: (…) Pacjentka zdecydowała o naturalnym przebiegu poronienia (…)”. Żona kategorycznie nie zgodziła się na zabieg łyżeczkowania macicy, chciała zostawić to naturze mimo, że w takich sytuacjach schematycznie wykonywany jest wyżej wymieniony zabieg. Pierwsza doktor od USG w szpitalu mówiła że we Francji to jest normalne postępowanie (wysyłanie do domu, do naturalnego poronienia). Podczas wizyty w szpitalu, przechodziłem przez stan płaczu, do poddania sie Woli Bożej, oraz jej pełnej akceptacji  (Hi 2, 10 „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?”), aż do powrotu do wiary. Nie wierzyłem w to żeby po tym wszystkim tak miało sie skończyć. W rozmowie z żoną zacząłem nawet naśladować mimikę bezzębnego maleństwa, które stając plecami do ściany wciska się w nią żeby jak najbardziej się z nią stopić i być niewidoczne,  naśladowałem jakby bezzębni  bliźniacy (z „szelmowskim” uśmiechem) do siebie mówili podczas USG: „Schowaj się, mama nas szuka„. ( skąd bliźniacy? No było to moje marzenie, a pęcherze płodowe były dwa i jak mówił lekarz miały być 2 dzieciaczki). Podczas pobytu w szpitalu na 2 dni tylko przestaliśmy odmawiać nowennę do Św. Rity ( w której zmieniliśmy prośbę od czasu pozytywnych testów: z  poczęcia itp. na szczęśliwą ciążę i poród). Potem z siła wiary zaczęliśmy znów ją uparcie odmawiać. Moja duchowa siostra, powiedziała nam, żebyśmy sie nie martwili że lekarze dzieci nie widzą ale Pan Bóg je widzi (siła wiary, proroctwo …?). Przez miesiąc żyliśmy ze świadomością że dzieci nie ma, jednak Pan Bóg pozostawił nam wiarę i nadzieję. Jednocześnie ścierały się we mnie 2 postawy, jedna to Hiobowa, a druga to zaufania i wiary w to, że nawet jeśli nie było tych dzieci to Pan może uczynić cud. Dużo rozmawialiśmy i pamiętam jak powiedziałem żonie, że ja te dzieci kocham, wiem że niby one nie „poczęły” się nigdy, ale ja je kocham. Mówię żonie dalej: myślę że to nie może to być tak z powietrza, i nawet jak się nie poczęły to Pan Bóg je stworzył i jakoś są u Niego. Nie rozumiałem własnych przemyśleń, kłóciły sie z moim rozumiem i wiedzą, ale tak czułem to bardzo mocno i wierzyłem w to. Pamiętam że jak poszliśmy na Krąg Biblijny i dzieliliśmy sie tym co słowo zmieniło w naszym życiu to powiedziałem że dzięki Kręgowi Biblijnemu po wielkiej stracie (nie wiedzieli o naszej ciąży), przyjąłem postawę wiary, akceptacji i poddania sie Woli Bożej na wzór Hioba i że to owoc bycia w tej wspólnocie i podążania ścieżką nawrócenia. Mniej więcej w tym czasie żona zobaczyła ołówkiem wpisana datę na nowennie i skojarzyła daty rozpoczęcia modlitwy z dniem poczęcia, i okazało się, że poczęcie dokonało się dokładnie w 9 miesięcy po rozpoczęciu nowenny do św. Rity. Wierzymy że 9 miesięcy licząc co do dnia jest kolejna rzeczą, która dla nas jest kolejnym z wielu dowodów Bożej opieki, cudów wiary i modlitwy, których nawet znikomej części nie przytoczyłem w tym świadectwie. Ponieważ ciało żony mówiło cały czas co innego niż lekarze, po miesiącu poszliśmy do lekarza. Lekarz nic nie mówiąc zabrał się za USG. W pierwszym momencie powiedział, że widzi dokładnie ten sam obraz co widziało na wypisie ze szpitala: dwa puste jaja płodowe bez zarodków. Ale w pewnym momencie kiedy podczas badania dotykał i naciskał brzuch by lepiej było widać obraz, wyczuł jakby pewne zgrubienie na brzuchu bliżej prawej strony i mówi, że spróbuje zrobić to badanie przez powłoki brzucha. Na początku nic nie było widać, po dłuższym czasie ujrzałem na monitorze  coś na kształt kręgosłupa, i w uniesieniu mówię, jesteś w ciąży. Żona mówi z niedowierzaniem, nie żartuj. Po chwili widać główkę dziecka i lekarz mówi: Jest Pani w ciąży, dziecko jest żywe. Żona, ze śmiechem i  ze ściśniętym przez wzruszenie gardłem: „nie róbcie sobie ze mnie jaj” i po chwili sama zobaczyła kochany kręgosłup, bijące serce i nóżki. Wyszliśmy oszołomieni i bardzo szczęśliwi z gabinetu USG. Po raz drugi dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w ciąży i że Pan Bóg podarował nam to dziecko wbrew nadziei, nauce i lekarzom.

Modlitwa Kościoła

Będąc w Krakowie dwa lata temu, świętowaliśmy naszą 7 rocznicę ślubu. I tam szczególnie polecaliśmy się pamięci modlitewnej, jednej ze wspólnot neokatechumenalych, zwierzając się im z naszego pragnienia, zostania rodzicami. Prosiliśmy też o tą łaskę Jezusa Miłosiernego w Łagiewnikach, a także odwiedzając relikwie Jana Pawła II w nowo budującym się jego centrum. Już dużo wcześniej wielu ludzi, także modliło się w tej intencji i myślę, że modlą się do dzisiaj. Owocem tej modlitwy jest cud życia, który przeżywamy razem w Kościele, dziękując Bogu i ludziom za ten cenny dar.

Córeczka urodziła się 2 sierpnia w święto Matki Bożej Anielskiej, a my pobraliśmy się 2 października, w święto Aniołów Stróżów:)

Napisaliśmy to świadectwo aby zaświadczyć jak dobry i cudowny jest Pan i nie ma dla niego żadnych granic dla obdarowywania miłością człowieka, w każdym miejscu i w każdym czasie:)

Marysia i Longin