Droga do …

W 2003 roku, 20 września po kilku latach przyjaźni wzięliśmy ślub. To był niezwykły dzień. Spełnienie naszych marzeń o stworzeniu rodziny. Początki naszego małżeństwa, jak większości innych w Polsce, nie były jednak łatwe. Ja kończyłam studia psychologiczne, a mąż szukał pracy po studiach politologicznych. Nie myśleliśmy wówczas o dzieciach. Ledwo starczało nam na czynsz i skromne życie. Sytuacja się zmieniła, kiedy w 2005 roku mąż znalazł pracę, która wreszcie gwarantowała stały dochód. Pojawiły się rozmowy o dziecku. Poszłam do ginekologa, aby upewnić się czy wszystko jest w porządku. Pani doktor nie znalazła żadnych medycznych przeciwwskazań do starania się o dziecko, wręcz przeciwnie nadmieniła coś o zegarze biologicznym i uciekającym czasie. Zaczęliśmy starać się o dziecko. Minęło kilka miesięcy i nic. Przyczyny widzieliśmy w pośpiechu, stresującej pracy męża itd. Rzeczywiście praca męża stawała się problemem, gdyż po przyjściu do domu zwykle musiał położyć się na 2-3 godziny, aby odpocząć. Niestety pojawiły się inne niepokojące objawy, jak np.: powracające wysokie gorączki, dziwny kaszel a nawet wysypka na nogach i rękach. Lekarz pierwszego kontaktu leczył męża kilkakrotnie antybiotykami.


W końcu nie widząc efektów mąż wykonał podstawowe badania (morfologię z OB, rtg klatki piersiowej) prywatnie. Wyniki morfologii nie były złe, ale OB było niepokojąco wysokie. Później mąż z wynikami w ręku udał się do kilku kolejnych lekarzy (od internisty przez pulmonologa po stomatologa), którzy nie potrafili znaleźć przyczyn tak wysokiego OB, i innych złych wskaźników. Wtedy mąż pomyślał o swoim znajomym lekarzu – terakochirurgu i udał się do niego. Ten, po krótkim badaniu i przejrzeniu wcześniejszych wyników wysłał męża na badanie tomografem komputerowym. Badanie to wykazało powiększone węzły chłonne w klatce piersiowej i jamie brzusznej. Lekarz podejrzewał sarkoidozę. Aby się upewnić i wykluczyć inne choroby zaproponował pobranie do badania wycinka węzła chłonnego na co przystaliśmy. Po wynikach tomografu oraz analizie pobranego materiału diagnoza była jednoznaczna i trudna do przyjęcia. Stwierdził ziarnicę złośliwą. Jest to rodzaj nowotworu krwi. Dodam tylko, że tak szybka diagnoza nie byłaby możliwa bez znajomości w szpitalu! Zanim mąż miał otrzymać pierwszą chemię zaproponowano nam ostatnią próbę zajścia w ciążę, gdyż po leczeniu męża nikt nie dawał nam gwarancji, że kiedykolwiek będziemy mieli dzieci. Aby dopomóc naturze ten znajomy chirurg dał nam kontakt do lekarza, który miał wykonać USG i pomóc wyznaczyć najbardziej płodny dzień w moim cyklu. Mimo tak nietypowych i bolesnych okoliczności zdecydowaliśmy się podjąć taką próbę. Nie wiedzieliśmy, że spotka nas kolejny cios. W trakcie USG lekarz oprócz pęcherzyka zobaczył, jak się wyraził, ogromną torbiel. Okazało się, że i ja natychmiast musiałam poddać się leczeniu. W moim przypadku w grę wchodziła laparoskopia. Oczywiście przed I chemią do poczęcia nie doszło.

Zaczął się okres leczenia. U mnie wykonano zabieg laparoskopii, ale na tym się nie skończyło, tak jak myśleliśmy. Właściwie to dopiero się zaczęło. Lekarz, który wykonał zabieg zdiagnozował u mnie endometriozę. Mąż przez rok otrzymywał chemie na pobytach dziennych. Później był autoprzeszczep szpiku i ponad dwumiesięczny pobyt w szpitalu. To był dla nas ciężki czas. Walka o życie wyczerpuje i zostawia ślad w psychice. Lęk jest uczuciem obezwładniającym. Mieliśmy dość szpitali, rozłąk, izolatek, a nieraz i personelu medycznego. Na szczęście mąż wyzdrowiał. Powróciła myśl związana z posiadaniem dzieci. Rok po przeszczepie wyjechaliśmy do Lichenia prosić o cud. Co niedzielę uczęszczaliśmy na msze do ojców Dominikanów. Tam, w trakcie jednej z moich spowiedzi dowiedziałam się o panu doktorze Barczentewiczu. Potem usłyszałam o naprotechnologii w radiu ER. Postanowiliśmy udać się do pana doktora. W czasie pierwszych wizyt, po wykonaniu wszystkich podstawowych badań okazało się, że nasze szanse na poczęcie są niewielkie. Ja chora na endometriozę, mąż z zerowymi wynikami nasienia. Pan doktor nie robił nam nadziei. Był szczery i uczciwy. Mimo to podjął się tego trudnego zadania licząc, że u męża być może potrzebny jest czas na regenerację. Wprowadził naturalne suplementy diety (min.: koenzym Q10, L-karnitynę, cynk itp.). Przez ponad dwa lata monitorował i analizował nasze wyniki. W między czasie wykonałam przesiewowe badania na przeciwciała IgG i okazało się, że muszę przejść na dietę bezglutenową, bezjajeczną, bezmleczną i bezdrożdżową, gdyż mam na te produkty nietolerancję pokarmową. Dietę stosowałam z różnym powodzeniem. Przeszłam kolejną laparoskopię. Włączono w moje leczenie eksperymentalnie lek sprowadzany z Włoch. Wyniki męża, ku naszemu zaskoczeniu, sukcesywnie się poprawiały, aż osiągnęły poziom wyników zdrowego mężczyzny. Pan doktor zaproponował kontakt z instruktorką, panią Małgorzatą Pezdą, aby nauczyć nas obserwacji dni płodnych. Było to nowe doświadczenie. Wdrażaliśmy się. Po pewnym czasie stała kontrola, codzienne obserwacje śluzu, oznaczanie markerów, współżycie w określone dni stało się żmudne i pozbawione spontaniczności. Efektów nie było. Mimo wielu działań moje hormony wciąż były za niskie. Traciliśmy nadzieję. Jednak działy się też rzeczy niezwykłe. Wiele osób modliło się w naszej intencji. Odbywały się msze święte za cud poczęcia. My odwiedzaliśmy  święte miejsca, min. Sanktuarium w Wambierzycach i naszą rodzimą Wąwolnicę, czy niedaleką Radecznicę.

Po okresie ponad dwóch lat od wyleczenia męża, entuzjazm w nas malał. Mieliśmy już dość leczenia i ciągłych prób, zawodów. Chcieliśmy się od tego oderwać, rozwijać się zawodowo i znaleźć być może jakiś zastępczy cel w swoim życiu. Po rozmowie z mężem podjęłam decyzję, o rozpoczęciu studiów terapeutycznych w Krakowie. Program studiów zakładał w dużej mierze terapię własną. Nie sądziłam jednak, że problem niepłodności będę  właśnie tam analizować. Zaczął się okres wędrówki w głąb siebie. W trakcie terapii grupowej prowadzonej metodą psychodramy odkryłam, że podświadomie „nie akceptowałam” własnej macicy, gdyż była ona dla mnie źródłem comiesięcznego bólu i zawodu. Być może brzmi to niedorzecznie dla kogoś nie uznającego metod terapeutycznych, ale po tej pracy, po powrocie coś się zadziało. W nocy miałam potworne bóle. Byliśmy bliscy z mężem wezwać pogotowie, jednak udało się to jakoś opanować. Z perspektywy czasu myślę, że to była jakaś forma odreagowania kumulowanych emocji przez ten narząd. Byłam zadowolona, że odważyłam się podjąć taki wysiłek i podzielić się swoim problemem z innymi osobami (akurat grupa składa się z samych kobiet). W rodzinie nie zawsze łatwo jest rozmawiać o takich sprawach. Niektórzy czują się bezradni w obliczu cierpienia najbliższych, inni chcą coś zrobić, pocieszają, mówią „będzie dobrze” i zmieniają temat. Grupa dała mi autentyczne wsparcie, czas, uwagę i zapewnienie, że udźwigną ciężar przeżyć, które dostarczę swoją opowieścią. Zdałam sobie sprawę, że czas najwyższy podjąć kolejny krok – zgłosiłam się na terapię indywidualną. Praca polegała głównie na analizowaniu i rozumieniu siebie w kontekście mojej przeszłości, tradycji rodzinnych i przekazów międzypokoleniowych, ale też sięgała rozumienia natury, własnej biologii. Musiałam zadawać sobie pytanie: dlaczego mimo stymulacji hormony nadal są nisko, co moje ciało mi w ten sposób komunikuje. Uczyłam się szanować moje ciało i liczyć się z jego sygnałami, przede wszystkim uczyć się je dostrzegać. Zdałam sobie sprawę, że całe życie byłam nastawiona zadaniowo. Praca, obowiązki, poświęcenie dla innych były moim mottem życiowym. Tak byłam zaprogramowana. Formuła naprotechnologii wpisywała się w ten styl funkcjonowania świetnie. Próbowałam zatem odwrócić ten porządek. Pojawiły się w moim życiu słowa takie jak odpoczynek, oddech, własne granice, własny dobrostan. Sama dla siebie stawałam się ważna. Terapeutka próbowała jednocześnie przejść ze mną proces żałoby – niemożność posiadania dziecka może być przeżywana podobnie jak strata dziecka, którą trzeba opłakać. Żałoba według Kϋbler – Ross ma kilka etapów. Chodziło o dojście do poziomu zaakceptowania rzeczywistości i szukania innej możliwości zrealizowania pragnienia bycia matką. Ta część terapii była dla mnie wyjątkowo trudna. Pogodzić się
z faktami, pożegnać z marzeniem. Rodziło to bunt, naturalny opór i kolejne cierpienie. I wtedy stała się rzecz niesłychana. Przed świętami Bożego Narodzenia w 2011 r. zrobiłam test ciążowy, a w Wigilię miałam pewność, że jestem w ciąży.

Dziś widzę, że cud może realizować się na różne sposoby. W naszym przypadku chodziło, abyśmy przeszli długą drogę, w czasie której wiele spraw przewartościujemy, zauważymy różnorodne aspekty życia oraz samych siebie. Te wszystkie doświadczenia były ważne i zmieniły nasze postrzeganie rzeczywistości. Czasem, aby mieć dziecko trzeba najpierw zaopiekować się samym sobą. W przypadku mojego męża zwyciężyła jego cierpliwość, optymizm i wiara, że wszystko jest możliwe. W moim, odwaga do mierzenia się z samą sobą, przekierowanie kontroli i odpowiedzialności, nauczenie się współpracowania z własnym ciałem. Być może nasza historia komuś coś uświadomi, dlatego ją tak szczegółowo opisałam. Myślę jednak, że każda para borykająca się z problemem niepłodności ma swoją opowieść, zupełnie indywidualną i niepowtarzalną. Zakończenie naszej historii to uwieńczenie wysiłku wielu osób, specjalistów, ludzi bez których marzenie o dziecku nie spełniłoby się. O wielu osobach, które nas wspierały, służyły pomocą nie wspomniałam, ale mamy ich wpisanych w nasze serca.

Nasza córka urodziła się 12 sierpnia 2012 r. Ważyła 3060 kg., mierzyła 53 cm. Jesteśmy rodzicami Oliwii.

Dziękujemy wszystkim, którzy towarzyszyli nam w tej długiej i trudnej drodze.

Beata i Rafał